Bernhard Dura
b.dura@freesurf.ch
GWARDZISTA
Tytuł oryginału:
Von Gardisten zum Christen
Projekt okładki:
- reprodukcja obrazu Bazyliki św. Piotra w Rzymie
w odniesieniu do tekstu z Ewangelii Mateusza
7,13-14
Cytaty pochodzą z Biblii Tysiąclecia,
wydanie IV;
Wydawnictwo Pallotinum, Poznań 1996
od polskiego wydawcy
Książeczka, którą trzymasz w ręku, zawiera
historię pewnego mężczyzny. Została napisana
po to, aby dać świadectwo faktom, które
rzeczywiście miały miejsce. Tak należy ją
odbierać i z takim nastawieniem czytać. Człowiek,
który podzielił się swoimi doświadczeniami i
odkryciami, nie zamierzał nikogo atakować ani
dyskredytować, jak również udowadniać swoich
racji. Autor tej książeczki, niegdyś gwardzista
papieski, dzisiaj - radosny chrześcijanin
przedstawia sposób, w jaki poznał żywego, pełnego
miłości Jezusa Chrystusa. To spotkanie zmieniło
jego życie.
Doświadczenie, które było udziałem tego
eksgwardzisty może być również Twoim - Drogi
Czytelniku.
Zachęcamy Cię do otwartego, bez uprzedzeń
przeczytania tej pozycji. Jeżeli pewne sformułowania
wydają się przeczyć Twoim przekonaniom, to nie
obrażaj się na nikogo i nie wyrzucaj książeczki.
Poproś Boga, aby pomógł Ci zrozumieć.
życząc owocnej lektury
Wydawcy
Drodzy Czytelnicy !
Nazywam się Bernhard Dura. Powodem dla którego
zwracam się do Was w tak bezpośredni sposób,
jest osoba Jezusa Chrystusa i miłość, jaką Bóg
żywi do każdego z nas. Jestem szczęśliwy, że
mogłem w moim życiu doświadczyć Jego miłości.
Pragnę wam o tym opowiedzieć, dedykując
jednocześnie fragment Bożego Słowa zaczerpnięty
z Księgi Powtórzonego Prawa 4,29:
Wtedy będziecie szukali Pana, Boga
waszego, i znajdziecie Go, jeżeli będziecie do
Niego dążyli z całego serca i z całej duszy;
i z Ewangelii Jana 5,24:
Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto słucha
słowa mego i wierzy w Tego, który Mnie posłał,
ma życie wieczne i nie idzie na sąd, lecz ze śmierci
przeszedł do życia.
Urodziłem się 30 lipca 1955 r. w Visp w
kantonie Wallis w Szwajcarii. Byłem najmłodszy z
siedmiorga rodzeństwa. Wszyscy wychowani byliśmy
w surowym, katolickim rygorze. Rodzice wymagali od
nas całkowitego i bezwzględnego posłuszeństwa.
Wpłynęło to w dużej mierze na mój stosunek do
Boga, którego wyobrażałem sobie jako zimnego,
nieczułego władcę i surowego sędziego. Kimś
takim nie byłem zainteresowany; nie mieliśmy ze
sobą nic wspólnego.
Pierwszego przeżycia związanego z osobą Boga
doświadczyłem mając 18 lat. Uważałem się
wtedy za doskonałego kierowcę. Pewnego dnia podróżowałem
z ciocią autem. Samochód prowadziłem dość
brawurowo. Ciocia, gorliwa katoliczka poprosiła
mnie, byśmy odmówili modlitwę Ojcze nasz.
Zgodziłem się, lecz w głębi duszy pomyślałem:
">>Ojcze nasz<< nic ci nie pomoże,
ciotuniu, bo tutaj ważne są moje umiejętności
i sprawność". Gdy po chwili ostro wszedłem
w zakręt, wyprzedzająca nas ciężarówka otarła
się o przednie drzwi naszego samochodu, urywając
klamkę.
Poczułem się nagle tak, jakby Bóg pogroził
mi palcem, mówiąc: "Widzisz, lepiej nie
drwij sobie ze mnie".
Wydarzenie to bardzo mnie poruszyło. Zacząłem
obawiać się wielkości Boga, bo trochę w nią
uwierzyłem. Postanowiłem więc zaangażować się
w działalność religijną Kościoła.
Niejednokrotnie rzedła mi mina, kiedy słuchałem
kazań o żywotach wielkich świętych
katolickich, którzy ponieśli w swoim życiu tak
wiele ofiar i wyrzeczeń. Chcąc upodobnić się
do nich choć trochę, zacząłem odmawiać sobie
wszelkich przyjemności i rezygnować ze
wszystkiego, co sprawiało mi radość. Byłem
przekonany, że dzięki temu zdobędę potężną
siłę duchową i stanę się tak wielki jak oni.
Gdy usłyszałem o istnieniu szwajcarskiej gwardii
papieskiej, zacząłem usilnie ubiegać się o
przyjęcie do niej. Byłem przekonany, że jest to
najlepsza droga, aby zbliżyć się do Stwórcy.
"W ten sposób będę przecież służył Kościołowi,
zwłaszcza papieżowi; nie można już być bliżej
Boga" - myślałem.
Po długich staraniach we wrześniu 1979 r.
przybyłem do Rzymu jako gwardzista papieski.
Jednak po pewnym czasie służby zauważyłem,
że nie wszystkie moje oczekiwania sprawdziły się.
Myślałem, że w tym "świętym mieście"
odnajdę miłość, jedność i radość.
Przypuszczałem, że gwardziści szwajcarscy są
świadomi tego, iż służą następcy Chrystusa.
Jakże się rozczarowałem. Było mi
niezmiernie przykro, kiedy odkryłem, że wszystko
co dobre i sprawiedliwe, jest tutaj grą pozorów
- teatrem, perfidną sztuką, a zza kulis wyziera
zazdrość, niezadowolenie, krytykanctwo, nienawiść.
Stało się wtedy dla mnie jasne, że gwardia
szwajcarska to tylko czcza tradycja. "Przecież
dla zapewnienia bezpieczeństwa papieżowi można
by zastosować o wiele tańsze środki" - gorączkowałem
się. Ogromne sumy pieniędzy pochodzące z ofiar
wiernych mogłyby być przeznaczone, z dużo
lepszym skutkiem, na wsparcie dla potrzebujących.
Nasuwało się tutaj pytanie natury zasadniczej:
Gdzie jest ta miłość bliźniego, o której się
tyle mówi? Wielu ludzi przecież cierpi głód i
nędzę, a tu tyle pieniędzy marnotrawionych jest
po to, aby zaspokajać czyjeś snobistyczne
zachcianki - bo jak inaczej można nazwać, na
przykład, stanie na warcie, podczas której
etykieta nakazuje sterczeć dwie do czterech
godzin bez najmniejszego drgnienia. Co to za
ofiara, która nikomu nic dobrego nie przynosi?
Zacząłem powoli kojarzyć ze sobą coraz to
inne fakty. Na przykład, gdy papież przechodził
obok nas, musieliśmy padać na kolana i pozdrawiać
go z uniżeniem słowami: Ojcze Święty.
Przecież tymi słowami Jezus w modlitwie arcykapłańskiej
zwracał się do samego Boga i tylko do Niego /J
17,11/ ! Czyżby papież uzurpował sobie prawo do
odbierania czci należnej jedynie Bogu? Jeżeli
Jezus w Ewangelii Mateusza /23,8-10/ mówi, by nie
nazywać nikogo mistrzem lub ojcem (bo jest tylko
jeden prawdziwy), to wręcz bluźnierstwem jest
zwracanie się do zwykłego człowieka tak jak do
Ojca Niebiańskiego. Co roku też - 6 maja, każdy
gwardzista musi złożyć przysięgę na Boga i
Jego Świętych, że dochowa wierności papieżowi.
Tymczasem Boże Słowo zakazuje składania
jakichkolwiek przysiąg /Mt 5,33-37/.
Papież nazywa siebie zastępcą Chrystusa na
ziemi. To prawda, że Jezus przybywając z apostołami,
był dla nich Pocieszycielem. Lecz tym, który miał
zająć Jego miejsce, nie był ani Piotr, ani jego
następca, ale Duch Święty, który jest tym
prawdziwym Pocieszycielem, zesłanym przez Boga w
miejsce Chrystusa. Mówi o tym Ewangelia Jana
/14,16-17,26/. Odkryłem również ewidentną nieścisłość
w nauczaniu Kościoła rzymskokatolickiego na
temat tego, że Jezus zbudował swój Kościół
na Piotrze i jego następcach.
To prawda, że Jezus nadał Szymonowi imię
Piotr (gr. petros), co oznacza - kamyk,
kamyczek. Jest to określenie diametralnie różne
od słowa petra, które oznacza skałę.
Jak wiemy, na podstawie lektury licznych fragmentów
Nowego Testamentu, jedynie Jezus był określany
tym mianem i sam tak się określał /1 Kor 10,4;
Ef 2,19-20/.
Wynika stąd jasno, że Kościół może być
budowany wyłącznie na Nim. Rolę, jaką w tej
duchowej budowli odgrywa kamyk (petros),
doskonale ujmuje w swym Pierwszym Liście Piotr /1
P 2,5-6/, mówiąc o wierzących jak o kamieniach,
a wskazując na Chrystusa jako skałę. Ponadto
tzw. "władza kluczy" - związywanie i
rozwiązywanie - według Biblii dana jest każdemu
wierzącemu, a nie tylko Piotrowi. Naucza tak
Ewangelia Mateusza /18,18/.
Dzień w dzień czyniłem coraz więcej takich
spostrzeżeń i dochodziłem do coraz to nowych
wniosków. W końcu zrozumiałem, że w moim
przypadku dalsza służba w gwardii papieskiej po
prostu nie ma sensu i po roku opuściłem Watykan.
Gdy znalazłem się na powrót w Szwajcarii, poczułem
się tak, jakbym powrócił z niewoli.
Wkrótce potem poznałem wspaniałą dziewczynę.
Mieliśmy, jak się okazało, dużo wspólnych
zainteresowań. Jednak najważniejszym było dla
mnie to, że i ona - podobnie jak ja - szukała
drogi do Boga. Dlatego też rozumieliśmy się
dobrze.
W czerwcu 1982 roku Sylwia zaprosiła mnie na
ewangelizację do Brna. Mimo iż nie bardzo
wiedziałem, co tam będzie, po krótkim wahaniu
zdecydowałem się pojechać.
Kiedy mówca rozpoczął swoje kazanie, zmorzył
mnie sen. Obudziłem się równie nagle, jak zasnąłem.
Usłyszałem bardzo ponure - w moim odczuciu -
brzmiące słowa, które zmusiły mnie jednak do
intensywnego myślenia. Powoli zasychało mi w
gardle, a ewangelista kontynuował: "Chrzest
czy bierzmowanie nie czynią nikogo chrześcijaninem.
Aby się nim stać, potrzebna jest osobista
decyzja pójścia za Jezusem Chrystusem /J 1,10 i
12; 3,16/.
Każdy z nas musi więc świadomie zwrócić się
do Jezusa, w pokorze i ufności wyznać Jemu swoje
grzechy i uwierzyć, że dzięki Jego drogocennej
krwi wszystkie nieprawości zostaną mu
przebaczone, a on sam oczyszczony. Musimy wyrazić
gotowość, że chcemy aby Chrystus rozporządzał
naszym życiem, był naszym Panem i Królem, i
przyjąć Go przez wiarę. Jedynie ten, kto uczynił
ten krok, może nazywać się dzieckiem Bożym,
prawdziwym chrześcijaninem. Jedynie taki człowiek
ma przystęp do Boga i posiada życie wieczne /1J
5,11-13/. Jeżeli tego nie uczyniłeś, wiedz, że
jesteś chrześcijaninem tylko z nazwy i nie masz
społeczności z Najwyższym".
Jeżeli chodzi o mnie, wiedziałem, że nie
powziąłem jeszcze takiej decyzji. Zawsze uważałem
się za dobrego chrześcijanina; teraz jednak
poczułem się mniej pewnie. Tak naprawdę nie znałem
Biblii, nigdy nie słyszałem o nowym narodzeniu
czy pewności zbawienia. W katechizmie stało jak
wół: "Zbawienia nigdy nie możecie być
pewni". Więc jak to jest naprawdę..?
Gdy ewangelista zaczął nawoływać do opamiętania
i nawrócenia, i gdy zaprosił wszystkich, którzy
podjęli taką decyzję na spotkanie w osobnej
sali, stało się dla mnie jasne, że muszę tam pójść
i oddać swoje życie Jezusowi. Niecierpliwie
wyczekiwałem końca nabożeństwa. Chciałem
powiedzieć Sylwii, że pragnę uczynić Jezusa
swym Panem i Zbawicielem. Gdy oznajmiłem jej to
uroczyście, była szczęśliwa. "Tak bardzo
modliłam się za ciebie - powiedziała - jak
dobrze, że tu przyjechałeś. Pójdę z tobą".
Gdy oddałem swoje życie Jezusowi i wyznałem
Mu wszystkie moje grzechy, odczułem wielką ulgę.
Stałem się wolny! Wolny od strachu przed karą,
od lęku przed zemstą surowego sędziego. Jeżeli
dawniej podczas spowiedzi ukrywałem pewne
przewinienia z powodu wstydu, obaw czy dumy, to
teraz mogłem całkowicie otworzyć moje serce
przed Zbawicielem i wyznać Mu wszystko, gdyż
wiedziałem, że zna mnie na wskroś. Czułem się
przy Nim bezpieczny i nie miałem się czego bać,
gdyż dzięki wierze zrozumiałem, że Jezus wziął
całą moją winę na siebie, jak mówi o tym
autor Listu do Hebrajczyków /10,17/.
Skoro tak jest, to logicznie rozumując,
koncepcja istnienia czyśćca traci rację bytu,
ponieważ życia wiecznego nie zdobywa się
cierpieniem, choćby i największym. Zostaje nam
ono darowane dzięki Chrystusowi, który dość
wycierpiał za grzechy całego świata. Jeżeli
ktoś mówi, że to nie wystarcza, że trzeba, by
niektórzy pocierpieli jeszcze w czyśćcu, ten
czyni ofiarę Chrystusa niewystarczającą. Tym
samym odbiera Jezusowi część chwały i zadaje kłam
Bogu, który - według tej karkołomnej teorii -
dał z siebie za mało.
Tak samo ">>msze<< za zmarłych"
nic tu nie pomogą /Łk 16,26/. Apostoł Piotr w
swym Pierwszym Liście /1,18-19/ wyraźnie
stwierdza, że nie możemy kupić sobie życia
wiecznego. Jesteśmy uratowani jedynie z łaski
przez wiarę w zastępczą śmierć Jezusa, który
poniósł ją, by zapłacić za nasze winy /Hbr 9,
27-28; Ef 2, 8-9; Iz 1,18/.
Wiedziałem, że gdy zaprosiłem Jezusa do
mojego życia, On przyniósł ze sobą
oczyszczenie, wybielił moje serce jak śnieg. Dał
mi nowe życie, bym mógł je poświęcić dla
Niego. W ten sposób narodziłem się na nowo,
podobnie jak Sylwia. Pismo Święte mówi o takim
właśnie doświadczeniu /J 3,3-5; 2 Kor 5,17; 1J
1,7/. Wracaliśmy do domu szczęśliwi. Szczęśliwi
dlatego, że staliśmy się nowymi ludźmi, że
przeszliśmy ze śmierci do życia, że stare życie
zostało za nami. Czuliśmy się uratowani i zależało
nam na tym, by ratować jak najwięcej naszych
przyjaciół i znajomych. Opowiadaliśmy im o
naszym przeżyciu i chcieliśmy ich wszystkich nakłonić
do nawrócenia. Mówiliśmy im, że chrzest,
bierzmowanie czy komunia nie wystarczą aby zostać
chrześcijaninem, że każdy musi sam zdecydować,
by bezkompromisowo iść za Jezusem. Gdy tak
uczyni, nawiąże relację z żywym Bogiem i będzie
świadomy tego, że grzech jest dla Niego
obrzydliwością. Przede wszystkim chrześcijanie
muszą brzydzić się grzechem i postępować
zgodnie z Bożymi oczekiwaniami. Swą wolę objawił
On nam w Biblii. Z niej dowiadujemy się, jacy
mamy być /J 8,51; 12,48/. Dlatego Jego Słowo
winno nam zawsze towarzyszyć.
Po nawróceniu Sylwia i ja rozumieliśmy się
coraz lepiej. Zdecydowaliśmy się pobrać - nie
było żadnej przeszkody. Mimo iż była
protestantką, ze względu na mnie ślub wzięliśmy
w parafii rzymskokatolickiej. Miało to miejsce we
wrześniu 1982 roku. Sylwia powiedziała mi wtedy,
że gdybym się nie nawrócił, zakończyłaby
naszą znajomość. Pomimo że mnie kochała, nie
wyszłaby za kogoś, kto nie jest oddany Jezusowi
całym sercem. Doceniłem wtedy jej szczere
oddanie, posłuszeństwo i zaufanie, jakie żywiła
do Chrystusa. Było to dla mnie wielkim świadectwem
wiary. Biblia jednoznacznie ostrzega przed poślubieniem
osoby niewierzącej /2 Kor 6,14-16/. Tym bardziej
byłem Bogu wdzięczny za łaskę, którą mi
okazał. Mogłem teraz poślubić wspaniałą
kobietę. Cóż może być bardziej fascynującego
i wspanialszego niż iść drogą życia razem,
mając Jezusa za przyjaciela, ratownika i
pocieszyciela, do którego w każdej chwili można
się zwrócić?
W kwietniu 1984 roku Bóg sprawił, że urodził
nam się zdrowy i pogodny chłopczyk Thomas.
Chcieliśmy zapewnić mu dobre, chrześcijańskie
wychowanie. Żona, przeglądając katalog
wydawniczy, postanowiła zamówić książkę P.H.
Uhlmanna pt. "Nauki Kościoła rzymsko
katolickiego w świetle Biblii", aby lepiej
poznać naukę Kościoła.
Uznaliśmy bowiem, że jedynie Biblia może być
ostatecznym autorytetem dla chrześcijanina. Musi
to uznać każdy, kto chce szczerze kroczyć za
Jezusem. Książka bardzo nam pomogła. Prezentowała
pewne aspekty nauczania Kościoła w świetle
prawd biblijnych. Zawierała też rozdziały poświęcone
genezie kultu Marii, instytucji papiestwa itp.
Bardzo zainteresowało nas stanowisko, jakie w
stosunku do tych problemów zajmowali pierwsi
chrześcijanie. Wzbudziło to w nas pragnienie
poznania prawdy. Porównywaliśmy nauki Kościoła
z tym, czego uczy Biblia. Czyniliśmy to z pasją
i w wielkiej szczerości. Prosiliśmy Ducha Świętego,
aby objawił nam prawdę i wolę Bożą w stosunku
do nas. Tak też zaczęliśmy dochodzić do
pewnych zaskakujących wniosków. Ja, na przykład,
miałem głęboko zakorzeniony zwyczaj odmawiania
modlitw do Marii - matki Jezusa i świętych
katolickich, bo tak mnie nauczono. Biblia jednak
pokazała mi, że Maria nie jest w stanie wstawić
się za nami u Jezusa. Chrystus natomiast pragnie,
byśmy sami przychodzili wprost do Niego i tylko
od Niego oczekiwali pomocy /Mt 11,28/. Jest On
jedynym pośrednikiem między Bogiem a ludźmi /1
Tm 2,5; Dz 4,12; 10,43/. Biblia w żadnym miejscu
nie naucza, że mamy szukać jakiegoś innego pośrednika
albo orędownika. Wręcz przeciwnie - w Księdze
Jeremiasza /17,5/ Bóg mówi: Przeklęty mąż,
który pokłada nadzieję w człowieku i który w
ciele upatruje swą siłę, a od Pana odwraca swe
serce.
Dość długo nie wiedziałem, jak się
ustosunkować do objawień Maryjnych w Lourdes i
Fatimie. Dlaczego w imię Marii dokonywało się
tam tyle cudów i uzdrowień? Lecz Biblia zna
odpowiedź i na to pytanie. Słowo Boże ostrzega,
że nie każdemu objawieniu należy wierzyć. Księciem
tego świata jest szatan i bardzo zależy mu na
tym, aby odwieść ludzi od osoby Jezusa. Zależy
mu, by zamiast Jezusowi, cześć oddawano zwykłemu
człowiekowi, by zamiast ufać Panu i
Zbawicielowi, ufano czemukolwiek lub komukolwiek
innemu. Dlatego wabi on ludzi atrakcyjnymi
widzeniami, objawieniami, cudami czy
uzdrowieniami, które są tylko pozornie dobre. W
rzeczywistości przyciągają one ludzi do czegoś,
co nie ma żadnej wartości. Te rzeczy nie mogą
zapewnić człowiekowi przebaczenia grzechów i życia
wiecznego. Objawienia w Lourdes i w Fatimie nie
przynoszą chwały Jezusowi, tylko Marii. Jeżeli
bowiem zbawienie można znaleźć tylko u Jezusa,
po co szukać go u Marii? Dlatego Duch Święty
uczy nas, żeby objawienia sprawdzać w świetle
nauczania Pisma Świętego, a nie ludzkich nauk i
tradycji.
Następna sprawa, którą chciałbym tu poruszyć,
to godny potępienia nawyk (rozpowszechniony zarówno
wśród wierzących, jak i niewierzących)
wypowiadania takich zwrotów, jak np. mój Boże,
o Jezu, jak Boga kocham itp. Można by powiedzieć,
że to tylko taki sposób mówienia, nie
zamierzony, nieświadomy. Skoro tak, to rzecz ma
się jeszcze gorzej. Nieświadome i bezcelowe posługiwanie
się imieniem Boga jest równoznaczne z lekceważeniem
Najwyższego. Przeklinanie i bluźnienie temu
imieniu jest ciężkim przewinieniem. W czasach
starotestamentowych grzech taki karany był śmiercią
przez ukamienowanie. Trzecia Księga Mojżeszowa
opisuje jedno takie wydarzenie. Jeżeli nie
reagujemy, gdy ktoś w naszej obecności nadużywa
imienia Bożego, pośrednio stajemy się jego wspólnikiem
i uczestnikiem tego grzechu.
Słyszałem kiedyś pewną historię o człowieku,
który często nadaremnie wzywał imienia Bożego.
Opowiadam ją każdemu, kto bez należytej czci
wypowiada to imię.
Pewien mężczyzna przy rozmaitych okazjach
zwykł był mówić: Panie Jezu. Jego żona
upominała go wiele razy, tłumacząc, że Jezus
wcale nie jest rad, słysząc, że Jego imię
traktowane jest jako przerywnik. On natomiast
twierdził, że Jezus wie, iż nie jest to
czynione w złej intencji i w ogóle się tym nie
przejmuje. Ona zaś postanowiła udowodnić mu, że
tak nie jest.
- Fritz! - zawołała nagle.
- Słucham cię - odpowiedział.
- Ach, nic, nic - mruknęła.
Za chwilę znów zawołała:
- Fritz !
- O co chodzi? - zapytał.
- Nic takiego - odpowiedziała.
Kiedy ta sytuacja powtórzyła się po raz
trzeci, mąż zdenerwował się i krzyknął:
- Nie rób ze mnie bałwana. Czego chcesz ode
mnie?
- Czy teraz już widzisz - oznajmiła - jak
postępujesz z Bogiem? Wołasz Go co chwilę bez
powodu i udajesz głupiego, bo nic od Niego nie
chcesz. Myślisz, że On nie ma prawa zdenerwować
się na ciebie tak jak przed chwilą ty?
Nauczka ta poskutkowała. Fritz pilnował się
od tej pory jak tylko mógł, żeby nie traktować
Boga w ten sposób.
Bóg pokazał mi również, że muszę
powstrzymać się od bałwochwalstwa, które
dotychczas uprawiałem nieświadomie. Mieszkanie
moje było przyozdobione różnymi figurami i
obrazami świętych; stał tam także krucyfiks
(krzyż z dodatkami czegoś, co usiłowało
przedstawić postać przybitego doń Jezusa) i mnóstwo
świec. Wszystko to miało mi pomóc w skupieniu
się i skoncentrowaniu na Bogu, a tym samym w zbliżeniu
się do Niego. To było straszne. A przecież Bóg
mówi: Nie będziesz czynił żadnej rzeźby
ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie
wysoko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią!
Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz
im służył, ponieważ Ja Pan, twój Bóg, jestem
Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców
na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem
tych, którzy Mnie nienawidzą /Wj
20,4-5/. Bóg nie chce, aby człowiek posługiwał
się jakimiś przedmiotami w celu skontaktowania
się z Nim. Łączność między Bogiem a człowiekiem
odbywa się przy zachowaniu dwóch warunków:
winno to być w Duchu i w prawdzie
/J 4,24/, a nie przez nieudaczne podobizny -
pseudopomoce. Boże przekleństwo ciąży na tych,
którzy stawiają sobie podobizny czy używają
symboli i znaków, by oddawać cześć de
facto nie Bogu, lecz tym przedmiotom /Pwt
27,15; Jr 25,6-7/.
Oczywistym było, że jeśli chcę być posłuszny
Słowu Bożemu, muszę usunąć to wszystko z
mojego domu. Powyrzucaliśmy więc świece,
figurki, krucyfiksy i obrazy. Pozostał jedynie
nagi krzyż, który przypomina nam cierpienie i śmierć
Jezusa, ale również Jego tryumfalne
zmartwychwstanie; jest to bowiem PUSTY krzyż -
Chrystus nie pozostał na nim na wieki.
Czy kiedykolwiek Bóg zalecał czcić relikwie?
Kult ten wywodzi się z religii pogańskich i nie
ma nic wspólnego z żywym Bogiem! Aby jakoś
uzasadnić swe praktyki, Kościół rzymski powołuje
się na księgi apokryficzne, które nie są ani
natchnione, ani wchodzą w skład kanonu. Do 1546
roku nikomu się nie śniło, by apokryfy traktować
jako Księgi Święte na równi z Pismem. Dopiero
Sobór Trydencki włączył je do kanonu *) i ogłosił,
że są natchnione. Jakże to? Przez 1546 lat księgi
te nie były natchnione. Jakim więc sposobem mogły
się stać takimi w jednej chwili?
Obecnie wchodzą w skład Biblii katolickiej.
Szatan omamia nas wieloma zwodniczymi i oszukańczymi
posunięciami. Jednakże ten, kto w szczerości i
prostocie napełnia się Słowem Bożym oraz je
realizuje, potrafi ustrzec się przed kolejną pułapką,
jaką zastawia na nas książę tego świata.
Dawniej bardzo często mówiłem komuś:
"Trzymam za ciebie kciuki". Panicznie bałem
się czarnego kota i liczby 13. Byłem też
zafascynowany wróżbami: wykładanie kart,
stawianie pasjansów, czytanie z ręki, lanie
wosku ekscytowały mnie niezmiernie. Bawiłem się
w różne talizmany, czterolistne koniczynki,
biedronki, maskotki, amulety, listy do świętego
Mikołaja itp. Teraz wiem, że to wszystko leży
na pograniczu czarnej magii, okultyzmu i czarów.
Bóg natomiast mówi jasno na temat swojego
stosunku do takich rzeczy /Pwt 18,10-13/.
Wielu ludzi wierzy, że horoskopy się
sprawdzają. Rozmiłowani w nich wykupują gorączkowo
wszystkie możliwe gazety i wertują je w
poszukiwaniu horoskopów; z dreszczykiem emocji
pochłaniają informacje o zapisanej rzekomo w
gwiazdach przyszłości. Nie jest to tylko
niewinna zabawa, jakby się komuś mogło wydawać.
Za każdym przesądem, za każdym zabobonem stoją
moce diabelskie. Ten zaś, kto pasjonuje się magią,
uczestniczy w seansach spirytystycznych itp.,
otwiera się na działanie szatana i zaprasza go
do swojej kompanii, a on nie daje się długo
prosić. Jeżeli więc masz na swoim sumieniu
okultyzm, a chcesz się od niego uwolnić, bądź
dobrej myśli. Żaden grzech nie jest zbyt wielki,
aby nie mógł zostać przebaczony, a też żaden
zbyt mały, aby nie musiał być przebaczony.
Polecam wam skorzystanie z niezawodnej pomocy Przedziwnego
Doradcy, o którym zaświadcza Biblia /Iz
9,5/. Ze względu na Jezusa możecie stać się
wolni /J 8,36; 1 J 1,7/.
Przez wiele lat wmawiano mi, że obecność
Jezusa wśród nas realizuje się w Komunii Świętej.
Według tej teorii chleb i wino, dzięki udziałowi
i wstawiennictwu księdza, stają się prawdziwym
ciałem i krwią Chrystusa. Czytając Biblię,
zauważyłem, że tak nie jest. Bóg nie pozwoli
uwięzić się w opłatku - na zawołanie
jakiegokolwiek człowieka i nie da się rozdać
byle komu. "Cóż to za "Bóg", który
przemieniony w opłatek pozwala się zjeść, a
potem wydalony z ciała jest w wiadomym
miejscu" - powiedział kiedyś były ksiądz.
Trudno mi było jednak wyrzec się tego, w co
wierzyłem od dziecka.
Modliłem się jednak o mądrość i poznanie
prawdy. Bóg pokazał mi ją. Znalazłem pewien
fragment w Biblii, który mi bardzo pomógł: Kto
spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie
wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym
/J 6,54/. Uczniowie Jezusa zaskoczeni byli Jego
wypowiedzią, ponieważ Żydom nie wolno było spożywać
krwi /Kpł 17,12/. Jezus wyjaśnił, że nie należy
przyjmować Go w ciele, lecz w Duchu i powinniśmy
wierzyć w to, że poświęcił swoje ciało i
krew, by życie wieczne było dla nas osiągalne.
To On umarł zamiast nas. Zatem wszyscy, którzy
wierzą i przyjmują Go, otrzymują od Boga nowe
życie /J 6,63/.
W Ewangelii Jezus używa następujących słów:
Jam jest chleb życia /J 6,48/;
jednocześnie mówi też: Ja jestem bramą
/J 10,9/; Ja jestem prawdziwym krzewem
winnym /J 15,1/.Nie znaczy to przecież,
że Jezus jest drzwiami wykonanymi z drewna lub rośliną.
Wieczerza Pańska jest pamiątką bardzo ważnego
wydarzenia, a nie alchemiczną przemianą jednej
substancji w drugą. Ilekroć na pamiątkę Jezusa
spożywamy chleb i wino, zwiastujemy zbawcze
cierpienie i śmierć naszego Pana, który oddał
siebie jako okup za wielu. Przez udział w
Wieczerzy Pańskiej potwierdzamy swą przynależność
do ciała Chrystusa, którym jest Kościół /1
Kor 11,23-26/.
Wtedy też zrozumiałem kwestię dotyczącą
chrztu dzieci. Kościół rzymskokatolicki
nakazuje chrzcić niemowlęta, ponieważ twierdzi,
że w przeciwnym razie nie dostąpią żywota
wiecznego. Natomiast Jezus wyraźnie powiedział,
że Królestwo Boże należy do dzieci /Mk
10,13-16/ i błogosławił je, lecz nie chrzcił.
Powodem, dla którego Jezus tego nie uczynił,
jest fakt, że do chrztu potrzebna jest osobista
wiara tego, który chce zostać ochrzczonym.
Chrzest nie będący konsekwencją osobistej wiary
w Jezusa Chrystusa, mija się z celem i jest nieważny
> > >
Chodzi tutaj o osobistą decyzję i nikt nie ma
prawa podjąć jej w imieniu dziecka /Mt 28,18-20;
Mk 16,16; Dz 8,36-39a/. Tak rozumiejąc chrzest,
zdecydowaliśmy się go podjąć po wyznaniu wiary
w Jezusa Chrystusa. Tym samym zaświadczyliśmy
przed mocami niebieskimi i potwierdziliśmy fakt,
że należymy do Niego. Po wyjściu z wody
przeczytano nam fragment z Drugiego Listu do
Koryntian /5,15/, który do dziś daje nam wiele
sił: A właśnie za wszystkich umarł
po to, aby ci, co żyją, już nie żyli dla
siebie, lecz dla Tego, który za nich umarł i
zmartwychwstał.
Zacząłem dostrzegać coraz więcej sprzeczności
pomiędzy Biblią a doktryną Kościoła
rzymskokatolickiego. Było mi przykro, że tak
wielu gorliwych katolików zamiast głosić
zbawienie w Jezusie Chrystusie, trzyma się
ludzkich nauk i zgubnych tradycji, a o pomoc
zwraca się do zmarłych, ignorując Zbawiciela i
przecząc tym samym Jego wyłącznemu pośrednictwu.
Nie chcąc być obłudnym, dwulicowym, oszukiwać
siebie i innych, zdecydowałem się wystąpić z
Kościoła rzymskiego. Napisałem więc list do
naszego proboszcza. Oto on:
Drogi Księże Proboszczu !
Bóg wszechmogący objawił nam swoją wolę
w Biblii - księdze ksiąg. Można w niej znaleźć
następujące słowa /2 Tm 3,14b-17/: Od
lat bowiem niemowlęcych znasz Pisma święte, które
mogą cię nauczyć mądrości wiodącej ku
zbawieniu przez wiarę w Chrystusie Jezusie.
Wszelkie Pismo od Boga natchnione [jest] i pożyteczne
do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do
kształcenia w sprawiedliwości - aby człowiek Boży
był doskonały,przysposobiony do każdego dobrego
czynu. To właśnie Pismo Święte pokazuje
nam, że Kościół ten rozminął się z Bożą
prawdą. W Ewangelii Jana /14,6/ Jezus mówi:
Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt
nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze
Mnie. Kościół natomiast poleca wiernym, by
modlili się: "Maryjo, wspomóż mnie, bym
dostał się do nieba". W rozdziale 10. tejże
Ewangelii Jezus stwierdza: Ja jestem bramą.
Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie
zbawiony - wejdzie i wyjdzie, i znajdzie paszę. Złodziej
przychodzi tylko po to, aby kraść, zabijać i
niszczyć. Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały
życie i miały je w obfitości. Kościół
nakazuje wołać: "O Maryjo, bramo do życia
wiecznego". Biblia uczy: Albowiem jeden
jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a
ludźmi, człowiek, Chrystus Jezus /1 Tm 2,5/.
Kościół natomiast zwraca się do Marii: "O
Maryjo, pośredniczko wszelkich łask".
Wiele miejsc w Piśmie Świętym podkreśla,
że zbawienie człowieka dokonuje się tylko przez
Jezusa np. /Dz 4,12/: I nie ma w żadnym
innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem
żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być
zbawieni. Jakże często w Kościele katolickim
imię Jezusa ginie w tłumie tzw. "Świętych
Pańskich".
Pan Bóg powierzał wybranym ludziom (np.
prorokom) bardzo ważne misje do wykonania.
Zgodnie z wypowiedzią Chrystusa największym z
ludzi w oczach Ojca Niebieskiego jest Jan
Chrzciciel /Mt 11,11/, który, nawiasem mówiąc,
nawoływał do prostowania dróg duchowych, ciągle
przez ludzkość wypaczanych. Prorocy, apostołowie,
a przede wszystkim Syn Boży, wskazali nam drogę
zbawienia opisaną w Bożym Słowie dla
uwielbienia Świętego Bożego Imienia. A jak jest
naprawdę? Imię Boże w świątyniach zbudowanych
dla Boga jest pomijane, nie jest należycie sławione
i dziwna rzecz - Kościół skierował przeogromny
kult należny Bogu na wielbienie... człowieka.
Dziś 80% wierzących modli się w ogromnej
pokorze ducha i z niezwykłą wiarą do Najświętszej
Marii Panny - ziemskiej matki Pana Jezusa. Czy
jest to zgodne ze Słowem Bożym - Pismem Świętym,
z wolą Boga Ojca i Boga Syna..? Nie wykrzywiajmy
dróg Bożych, zgodnie z posłannictwem Jana
Chrzciciela. Bóg obdarzył Marię najwyższą swą
łaską i uczynił błogosławioną /Łk 1,48/ **)
wśród wszystkich niewiast świata, ze względu
na błogosławiony Owoc jej życia - narodzenie
Jezusa Chrystusa ! Tej wielkiej łaski i chwały,
jakiej dostąpiła od Boga, nikt nie może
kwestionować. Była wielką wśród niewiast...
ale większym od niej był Jan Chrzciciel.
Pismo daje nam polecenie, że mamy modlić się
tylko do Boga. Zwracanie się do kogoś innego
jest grzechem bałwochwalstwa. Jezus mówi: Przyjdźcie
do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni
jesteście, a Ja was pokrzepię /Mt 11,28/; W
ostatnim zaś, najbardziej uroczystym dniu święta,
Jezus stojąc zawołał donośnym głosem: <<
Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie
- niech przyjdzie do Mnie i pije! /J 7,37/; O
cokolwiek prosić Mnie będziecie w imię moje, Ja
to spełnię /J 14,14/.
Kościół znów zachęca, by modlić się do
św. Krzysztofa. Wiele parafii nosi jego imię. Jeżeli
przyjrzymy się bliżej tej postaci przez pryzmat
historii i zbadamy wszystko, co się z nią wiąże,
to okaże się, że święty Krzysztof jest legendą,
po prostu mitem. Jeżeli zaś Kościół nakazuje
modlić się do kogoś, kto faktycznie nigdy nie
istniał (!), jego pretensje i roszczenia do
posiadania jedynej, najprawdziwszej prawdy wydają
się co najmniej śmieszne.
Jakim to sposobem mogą nas usłyszeć zmarli
święci? Przecież byli zwykłymi ludźmi, takimi
jak my. W jaki sposób mogliby nas zrozumieć i
wejrzeć w zakamarki naszych serc, przejąć się
naszymi problemami, aby następnie wstawiać się
za nami u Boga? Jedynie Bóg zna człowieka na
wylot. Tylko On może zrozumieć nasze troski i
zaspokoić nasze potrzeby! On nas słyszy (jest
wszechobecny), gdy zwracamy się doń szczerze i z
czystym sercem /Iz 59,1-2. Jeżeli chcemy rozmawiać
z Bogiem, potrzebujemy najpierw przebaczenia
grzechów, których dopuściliśmy się. Każdy
grzech tworzy przepaść między Bogiem a człowiekiem.
Chrystus, ponosząc karę za wszystkie popełnione
przez człowieka grzechy, stał się mostem nad tą
przepaścią. Możemy po nim przejść do Boga i
mieć z Nim osobistą więź, jeśli tylko
uwierzymy, że most ten jest wystarczająco
wytrzymały. Możemy wtedy prosić Go o wszystko,
a On chętnie obsypie nas dobrymi darami /1 P
2,24; J 15,7/. Zwykle nie dostajemy wszystkiego od
razu. Zachęcają nas wtedy słowa apostoła Pawła
/Rz 8,28/: Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy
Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich
dobra, z tymi, którzy są powołani według
[Jego] zamiaru. Jako ludzie, nie wiemy często,
co jest dla nas dobre. Ale możemy ufać
wszechwiedzącemu Bogu - On to wie. On uczyni
wszystko właściwie.
W katechizmie można czytać: "Należy
modlić się codziennie do Anioła Stróża, baczyć
na jego obecność i przestrzegać jego rad".
Słowa Apokalipsy /19,10/ zachęcają do czegoś
wręcz przeciwnego. Gdy Jan chciał upaść przed
aniołem i złożyć mu pokłon, ten powiedział
mu: <<Bacz, abyś tego nie czynił (...)
Bogu samemu złóż pokłon>> !
Chcemy być uczciwi, wobec tego nie możemy
pogodzić się z tymi sprzecznościami, a tym
bardziej być posłuszni nauce Kościoła
katolickiego. Nie możemy pozostać we wspólnocie
katolickiej. Dlatego też moja żona i ja uznajemy
za swój obowiązek poinformować pana, drogi Księże
Proboszczu, że występujemy z tego Kościoła.
Czynimy to nie dlatego, by wstąpić do jakiejś
sekty, lecz po to, aby móc samodzielnie żyć według
Bożego Słowa i realizować wolę Chrystusa /Ap
22,18; Ga 2,20/, szukając codziennie Jego
oblicza. Jestem gotów odpowiedzieć na każde
pytanie księdza i udzielić wszelkich wyjaśnień.
Proszę też, by ksiądz wykazał mi błędy lub
nieścisłości, jeżeli je gdzieś popełniłem.
Moim ostatnim życzeniem, jakie do księdza
kieruję, jest to, by ksiądz zwiastował tylko
dobrą nowinę o Jezusie, bo kiedyś będzie musiał
za to odpowiedzieć. Niech więc Jezus błogosławi
księdzu i wszystkim kolegom księdza oraz da wam
łaskę głoszenia szczerej, niesfałszowanej
prawdy, byście składali ją w sercach tych, którzy
jej nieobłudnie szukają. Niech ksiądz w mocy Bożej
przekonuje ludzi, by wierzyli, że Biblia jest
napisana z inspiracji Ducha Świętego i że Słowo
Boże ma potężną siłę.
Serdecznie księdza pozdrawiam i niech Boży
pokój, który przewyższa wszelki umysł, strzeże
pańskiego serca i umysłu w Jezusie Chrystusie
Bernhard i Sylwia Dura
Tak więc przestaliśmy być katolikami, ale
bez społeczności z innymi chrześcijanami trudno
jest wzrastać. Duch Święty przekonał nas, że
powinniśmy poszukać wspólnoty, w której
moglibyśmy wielbić Boga, jak to czynili pierwsi
chrześcijanie. Przyłączyliśmy się więc do
jednego z niezależnych zborów w Visp, gdzie, jak
stwierdziliśmy, Słowo Boże głoszone było
wiernie i bez niepotrzebnych dodatków. Członkami
tej społeczności byli ludzie, którzy osobiście
mogą zaświadczyć, że Chrystus przemienił całkowicie
ich życie i dał im zbawienie. Silny nacisk kładą
na głoszenie Ewangelii światu. Wszystkim leży
na sercu los ludzi, których starają się
przyprowadzić do Jezusa, by mieli z Nim prawdziwy
kontakt. Bardzo szybko zżyliśmy się ze zborem i
poczuliśmy się jak w rodzinie. Więź, którą
mamy ze sobą, zbliża nas do Jezusa i dodaje sił,
by w każdym dniu i o każdej porze głosić Jego
zbawienie. Podczas Wieczerzy Pańskiej przeżywamy
głęboką radość, ponieważ spożywamy chleb i
wino zgodnie z wolą Jezusa - na pamiątkę Jego
ciała i krwi, złożonych dla nas w ofierze.
Polecił On swemu Kościołowi, aby obchodził tę
pamiątkę aż do powtórnego Jego przyjścia, gdy
stanie wśród nas, aby zabrać swój lud.
Jesteśmy bardzo wdzięczni naszemu Panu za to,
że wyprowadził nas, tkwiących w ciemności fałszu,
na światło prawdy. Każdego dnia cieszymy się
radością Bożą. Pobożne i bezkompromisowe życie
chrześcijańskie niesie ze sobą również
troski, zmartwienia i różnorakie trudności.
Zmartwiło nas bardzo to, że nie otrzymaliśmy
odpowiedzi od księdza proboszcza, do którego wysłaliśmy
cytowany wcześniej list. Wielokrotnie też byliśmy
narażeni na ataki ze strony nic nie rozumiejących
ludzi, którzy traktują nas jak odmieńców i
sekciarzy - sąsiedzi się nam nawet nie kłaniają.
Również moi współpracownicy w szkole
samochodowej, w której uczyłem, byli do mnie
nieprzyjaźnie nastawieni. Jednak w momentach
największego ucisku odczuwaliśmy mocno Bożą
pomoc, pokój i zachętę. Bóg dał nam siłę do
miłowania naszych nieprzyjaciół. Wkrótce
zwolniono mnie z pracy. Miałem więc dużo
wolnego czasu, wobec czego postanowiłem
wykorzystać go odpowiednio. Zacząłem chodzić
po domach i roznosić traktaty ewangelizacyjne;
miałem też sposobność, by rozmawiać z wieloma
ludźmi. Co tydzień zbieraliśmy się, aby wspólnie
studiować Biblię, zapraszając wszystkich
zainteresowanych. Dzięki łasce Bożej ukończyliśmy
później wraz z żoną trzyletnią szkołę
biblijną, po czym zdecydowałem się poświęcić
cały mój czas pracy dla Pana.
Na zakończenie chcę powiedzieć, że Jezus
dokonał Swego dzieła po to, byś ty osobiście mógł
zostać zbawiony. Odkupił ludzkość swą własną
krwią - drogo za nas zapłacił. Wyratował nas
jedynie przez łaskę i my sami nic nie możemy do
tego dodać, bowiem łaska i zasługa wykluczają
się wzajemnie. Może myślisz, że jesteś
stracony, gdyż sądziłeś, że zbawienie można
kupić uczynkami. Męczysz się, mówiąc - nie
podołam. Nie uczynisz nic ponad to, co uczynił
Jezus, gdy zawołał: "Wykonało się"!
Zaspokoił tym samym wszelkie Boże wymagania względem
człowieka. Cierpienie i ból jakie były
potrzebne, by zadośćuczynić prawu, Jezus wziął
na siebie.
- Wykonało się !
Chciałbym powiedzieć wszystkim
rzymskokatolickim kapłanom, którzy codziennie składają
Bogu Chrystusa w ofierze podczas każdej mszy
zwanej "świętą": Skończcie z tym ! Bóg
nie wymaga ani nie przyjmuje więcej żadnej
ofiary. Chrystus złożył ją raz na zawsze po
wsze czasy. Nie przypochlebicie się Bogu żadnymi
nabożeństwami, złotem, liturgią, bogatymi wnętrzami
kościołów i kaplic - niczym. Żadne
bierzmowania lub składanie ślubów nic nie wskórają.
Jezus dokonał wszystkiego. Są ludzie, którzy wołają
na kolanach w udręczeniu: "Boże, co mam
robić, by zadośćuczynić moim grzechom?"
Chcę im rzec: "Zaufajcie Chrystusowi i nie
dręczcie się więcej. On już zadośćuczynił
za wszystkie nieprawości całego świata. Nie
dorzucajcie fałszywych monet do skarbu, który dał
Bóg. Do tego dzieła - tak jak do Słowa Bożego
- nie można nic więcej dodać /Ap 22,18-19/.
Sprawiedliwość, jakiej wymaga od nas Bóg, jest
w Chrystusie, a nie w nas." Warto przypomnieć
tutaj postawę jednego ze złoczyńców ukrzyżowanych
razem z Chrystusem. Zaufał on miłosierdziu Bożemu
i wystarczalności ofiary Jezusa. Dzięki temu stał
się dla nas przykładem do naśladowania.
Jezus jest własnością wszystkich grzeszników,
którzy mają odwagę przyjąć tę Bożą ofertę.
Uczyńcie więc to wszyscy, którzy dotychczas
tego nie zrobiliście. Czy masz pokój z Bogiem?
Czy żyjesz w prawdzie Ewangelii? Czy jesteś
pewien swego zbawienia? Jeżeli nie, to proszę cię
w imieniu Jezusa: Pogódź się z Ojcem. On cię
zaprasza /Ap 3,20-21/: Oto stoję u drzwi i
kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi
otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał,
a on ze mną. Zwycięzcy dam zasiąść ze Mną na
moim tronie, jak i Ja zwyciężyłem i zasiadłem
z mym Ojcem na Jego tronie.
Niech będzie Ci Panem i Zbawicielem. Pozwól
Mu napełnić cię Duchem Świętym, a Twe
zbawienie będzie pewne. Weź sobie do serca
napomnienie z Listu do Hebrajczyków /3,7-8/: Dlatego
{postępujcie}, jak mówi Duch Święty: Dziś, jeśli
głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc
waszych jak w buncie, jak w dzień kuszenia na
pustyni.
Albo przyjmiesz Jezusa dziś, albo w dzień Sądu
Ostatecznego będziesz stał naprzeciw Niego jako
winny. Jeżeli twe imię nie zostanie wpisane do
Księgi Życia, twym udziałem będzie wieczne potępienie.
Bóg pragnie cię mieć blisko siebie; pragnie, byś
w nowym świecie oglądał Jego chwałę. Ujmij więc
dziś dłoń, którą podaje ci Jezus. Jutro może
być już za późno /Ap 22,12-15/: Oto
przyjdę niebawem, a moja zapłata jest ze mną,
by tak każdemu odpłacić, jaka jest jego praca.
Jam Alfa i Omega, Pierwszy i Ostatni, Początek i
Koniec. Błogosławieni, którzy płuczą swe
szaty, aby władza nad drzewem życia do nich należała
i aby bramami wchodzili do Miasta. Na zewnątrz są
psy, guślarze, rozpustnicy, zabójcy, bałwochwalcy
i każdy, kto kłamstwo kocha i nim żyje.
Zachęcam Cię, zwróć się w modlitwie do
Jezusa i powierz Mu swoje życie. Możesz użyć
następujących słów: Panie Jezu, pomóż mi
przez Twego Ducha stanąć twarzą w twarz z krzyżem.
Przykryj mnie Twoją krwią i zasłoń nią całą
moją przeszłość. Dzięki Ci za Twą krew. Twój
krzyż niech będzie moim krzyżem. Przyjmuję
jego zwycięstwo. Objaw mi go! Otwórz niebiosa i
zstąp na mnie teraz. Rozedrzyj moje serce i daj
wejrzeć w to, co działo się w Getsemane, co
zdarzyło się na Golgocie - aby serce me zostało
złamane. Otwórz moje serce, żeby przyjęło
serce Twoje, które krwawiło za mnie, Boży Synu,
i spraw, abym nie wstydził się tego, co ludzie będą
mówić o mnie. Weź mnie - mojego ducha, duszę i
ciało. Chcę być Twój, bo Ty mnie nabyłeś. Boże
OJCZE Święty - objaw mi krzyż ze względu na
Jezusa. Objaw ten krzyż, który zdobył świat -
krzyż w jego chwale. Ty jesteś Bogiem Wszechmogącym.
Oddaję całą chwałę Twojemu Imieniu. Nikt nie
ma prawa do tej chwały, tylko Ty, PANIE. Uwielbij
Twego Syna i prowadź mnie przez Twojego Ducha.
Nie pozwól, bym od Ciebie odszedł ! Amen.
Mt 10,27
* Księgi apokryficzne (deuterokanoniczne)
zostały włączone do kanonu Pisma Świętego
jako reakcja katolicyzmu na ogłoszenie przez
Marcina Lutra - Ojca Reformacji, że kanon Starego
Testamentu wzorowany na tzw. "Kodeksie
Jerozolimskim" nie powinien zawierać tych 7
apokryfów. Luter wymienił tutaj : 2 Księgi
Machabejskie, Tobiasza, Judyty, Barucha, Księgi Mądrości,
Mądrość Syracha. Księgi te stanowią istotne
źródło kilku ważnych doktryn katolicyzmu, np.
doktryny o czyśćcu, modlitwie za zmarłych,
kultu Marii itp., stąd zrozumiała staje się
przyczyna dołączenia ich do kanonu.
** Tylko w przekładzie Biblii Tysiąclecia słowo
"błogosławioną" zostało przetłumaczone
na "błogosławić". Inne tłumaczenia są
zgodne i oddają - "błogosławioną";
natomiast w greckim oryginale w miejscu tym jest μακαριζω
(czyt.: "makaridzo"), co w dosł. tłum.
znaczy - "zwać, uważać za szczęśliwą"
.
Pan Jezus powiedział:
"Ja świadczę każdemu,
kto słucha słów proroctwa tej księgi;
jeśliby ktoś do nich cokolwiek dołożył,
Bóg mu dołoży plag zapisanych w tej księdze"
Apokalipsa św. Jana 22,18;patrz
także:
Księga Wyjścia 20,4; Księga Kapłańska 26,1;
Księga Powtórzonego Prawa 4,2 i 12-19 i
23; 5,32[29]; Księga Przysłów 30,6;
Księga Izajasza 40,18-26; List do Rzymian 1,23;
Dzieje Apostolskie 17,29 |