Politycy, których wybraliśmy, dzień po dniu powtarzają tę samą narrację: „Rosja może zaatakować Polskę”.
Mówią o zagrożeniu. O flance wschodniej. O prowokacjach. O działaniach hybrydowych. O dywersji. O konieczności zbrojenia się i przygotowywania społeczeństwa na najgorsze.
I choć w tych słowach jest ziarno prawdy, bo rzeczywiście jesteśmy krajem granicznym i w przypadku rozszerzenia konfliktu znaleźlibyśmy się w jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc Europy, to pomijany jest jeden fundamentalny fakt.
Fakt, o którym mówi się znacznie ciszej.
A który powinien wybrzmieć pełnym głosem:
MY JUŻ JESTEŚMY W STANIE WOJNY Z ROSJĄ.
Nieoficjalnie.
Bez formalnego wypowiedzenia wojny.
Bez polskich żołnierzy maszerujących na Moskwę.
Bez komunikatu odczytanego narodowi w telewizji.
Ale jesteśmy w konflikcie, którego realnych konsekwencji nie da się przykryć dyplomatycznymi określeniami.
Bo czym innym jest wysyłanie miliardów złotych, tysięcy ton sprzętu wojskowego, pocisków, czołgów i systemów obronnych, które później są wykorzystywane na Ukrainie przeciwko rosyjskiej armii?
Czym innym jest finansowanie wojny toczącej się kilkaset kilometrów od naszej granicy?
Czym innym jest dostarczanie broni, która nie trafia do muzeum ani magazynu, tylko na front?
Ta broń ma konkretny cel.
Ma niszczyć przeciwnika.
Ma niszczyć rosyjski sprzęt.
Ma zabijać rosyjskich żołnierzy.
Synów.
Ojców.
Braci.
Ludzi znajdujących się po drugiej stronie frontu.
Możemy używać najbardziej eleganckich określeń: „pomoc wojskowa”, „wsparcie”, „pakiet bezpieczeństwa”, „pomoc dla walczącej Ukrainy”.
Ale pocisk nie zna języka dyplomacji.
Czołg nie zna konferencji prasowych.
Rakieta nie rozróżnia, kto za nią zapłacił, kto ją wyprodukował, kto ją przekazał i kto ostatecznie nacisnął przycisk.
Ona wykonuje swoje zadanie.
I dlatego pytanie brzmi:
Czy naprawdę nie widzimy różnicy między neutralnością a dostarczaniem jednej ze stron środków umożliwiających prowadzenie wojny?
Nie ma różnicy, czy naciskamy guzik, czy tylko podajemy broń, taki obraz tej sytuacji widzę.
Dla Rosji jesteśmy wrogami.
I nie jesteśmy w tym sami.
Polska jest tylko jednym z wielu państw, które zaangażowały się w ten konflikt.
Niemcy.
Francja.
Wielka Brytania.
Stany Zjednoczone.
Kanada.
Norwegia.
Holandia.
Szwecja.
Finlandia.
Każde z tych państw wysłało broń, pieniądze, sprzęt, amunicję, systemy rozpoznania, drony albo rakiety.
Każde w różnym stopniu uczestniczy w mechanizmie, dzięki któremu Ukraina może kontynuować walkę.
I każde z tych państw może kiedyś stanąć przed pytaniem, które my powinniśmy sobie zadać już dzisiaj:
CO SIĘ STANIE, JEŻELI ROSJA UZNA, ŻE NADSZEDŁ CZAS ODPOWIEDZI?
Bo jeśli przez ostatnie lata Rosjanie ginęli od pocisków wyprodukowanych w USA, od zagranicznych dronów, od amunicji z Niemiec, systemów rakietowych z Wielkiej Brytanii, czołgów przekazanych przez Polskę czy haubic z Francji, to naprawdę sądzimy, że w Moskwie patrzą na te państwa jak na całkowicie neutralnych obserwatorów?
Dla nich to już nie jest wyłącznie wojna z Ukrainą.
W rosyjskiej narracji jest to konflikt z całym Zachodem.
Z NATO.
Z systemem państw, które dostarczają Ukrainie pieniądze i uzbrojenie.
A my, Polacy, jesteśmy geograficznie na pierwszej linii tego napięcia.
I tu dochodzimy do gorzkiego sedna.
Skoro broń przekazywana przez nas służy do strzelania do rosyjskiej armii, to czy naprawdę możemy udawać, że Rosja nie będzie traktowała nas jak strony zaangażowanej przeciwko niej?
Czy fakt, że nie wysyłamy bezpośrednio własnych żołnierzy, zmienia sposób, w jaki przeciwnik może postrzegać nasze działania?
Daliśmy broń.
Daliśmy pieniądze.
Daliśmy sprzęt.
Daliśmy wsparcie polityczne.
I dlatego nie możemy jednocześnie zachowywać się tak, jakbyśmy stali daleko od konfliktu i tylko obserwowali wydarzenia przez telewizor.
NIE STOIMY Z BOKU.
I właśnie dlatego narracja: „Rosja może zaatakować Polskę” nabiera zupełnie innego znaczenia.
Bo nie wystarczy powiedzieć Polakom, że Rosja może kiedyś odpowiedzieć agresją.
Trzeba również powiedzieć im, co przez ostatnie lata robiliśmy i jakie ryzyko wiąże się z tymi decyzjami.
Nie jesteśmy bierni.
Jesteśmy aktywni.
Nie zaatakowaliśmy Rosji bezpośrednio polskimi żołnierzami, ale nasze pieniądze, nasza broń, nasze wsparcie i nasze decyzje polityczne uczestniczą w konflikcie.
Decyzje zapadają w gabinetach.
W Sejmie.
W ministerstwach.
W Brukseli.
Na szczytach NATO.
A później ich konsekwencje ponosi zwykły człowiek.
I właśnie dlatego trzeba zapytać:
CZY POLACY SĄ TEGO ŚWIADOMI?
Czy wiedzą, jak daleko zaszliśmy?
Czy wiedzą, że to już dawno przestała być wyłącznie pomoc humanitarna?
Czy wiedzą, gdzie znajduje się granica naszego zaangażowania?
Bo to nie jest tylko pomoc sąsiadowi.
To nie jest wysłanie koców, żywności czy karetek.
Mówimy o broni.
O amunicji.
O rakietach.
O czołgach.
O sprzęcie służącym do prowadzenia wojny.
A wojna, niezależnie od tego, jak ją nazwiemy, oznacza jedno:
ból, cierpienie, strach i śmierć.
I dlatego pytanie, które każdy z nas powinien sobie zadać, brzmi:
CZY JESTEŚMY GOTOWI ZAPŁACIĆ CENĘ ZA TO, CO JUŻ ZROBILIŚMY?
Bo jeżeli cena kiedyś przyjdzie, może być bardzo wysoka.
I nie zapłacą jej wyłącznie ludzie podejmujący decyzje w bezpiecznych gabinetach.
Zapłacimy ją my.
Zwykli Polacy.
Czy myślimy o tym, gdy wysyłane są kolejne miliardy na Ukrainę?
Czy myślimy o tym, kiedy przekazywany jest kolejny sprzęt?
Czy myślimy o tym, kiedy politycy mówią w telewizji o konieczności dalszego wsparcia?
Czy ktokolwiek mówi społeczeństwu, gdzie jest punkt, którego Polska już nie przekroczy?
GDZIE JEST GRANICA?
Bo jeżeli jej nie ma, to dokąd właściwie zmierzamy?
Czas na otrzeźwienie.
Czas na prawdę.
Polska jest głęboko zaangażowana w konflikt z Rosją i nie ma sensu udawać, że nasze decyzje nie mają konsekwencji.
Nie ma już zasłony dymnej, za którą można się schować.
A pytanie nie powinno brzmieć wyłącznie:
„Czy Rosja nas zaatakuje?”
Powinniśmy również zapytać:
„CO ROBIMY, ŻEBY DO TAKIEGO ATAKU NIE DOPROWADZIĆ?”
Bo jeżeli przez lata podnosimy temperaturę konfliktu, musimy przynajmniej mieć świadomość ryzyka.
Cena wojny nie jest abstrakcyjna.
To nie są cyferki na ekranie.
To nie jest mapa przesuwana palcem przez eksperta w telewizyjnym studiu.
To nie jest kolejna konferencja prasowa.
Jeżeli wojna rzeczywiście kiedyś przyszłaby do Polski, zapłaciliby ją nasi ojcowie.
Nasze matki.
Nasze dzieci.
Nasi sąsiedzi.
Nasi przyjaciele.
Ludzie, którzy nigdy nie podejmowali decyzji o przekazaniu ani jednego pocisku.
Ludzie, którzy nigdy nie prosili o tę wojnę.
Ludzie, którzy po prostu chcą żyć.
Czy myślimy o nich, podejmując kolejne decyzje?
Czy myślimy o nich, wysyłając kolejne pociski?
Czy myślimy o nich, kiedy politycy mówią o konieczności obrony Europy przed rosyjskim imperializmem?
Bo Europa jest wielka.
Bogata.
Rozległa.
Ale Polska leży tam, gdzie leży.
MY NIE MOŻEMY PRZESUNĄĆ POLSKI NA MAPIE.
Nie możemy postawić jej za Niemcami.
Nie możemy schować jej za Francją.
Nie możemy przenieść jej za ocean.
Jeżeli dojdzie do eskalacji na wschodniej flance NATO, to właśnie nasze położenie sprawia, że możemy znaleźć się w jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc.
I dlatego każda decyzja dotycząca wojny powinna być podejmowana z myślą przede wszystkim o jednym:
O POLSCE.
Niech nikt nie mówi mi, że pytanie o konsekwencje jest teorią spiskową.
Niech nikt nie mówi, że samo zadawanie pytań oznacza opowiadanie się po którejkolwiek stronie.
Fakty pozostają faktami:
wysyłamy broń.
Wysyłamy pieniądze.
Wysyłamy sprzęt.
Broń trafia na front.
Rosyjscy żołnierze giną również od zachodniego uzbrojenia.
A Rosja traktuje Zachód jako swojego przeciwnika.
I MY JESTEŚMY CZĘŚCIĄ TEGO ZACHODU.
Dlatego najbardziej niepokoi mnie jedno.
Politycy coraz częściej mówią Polakom o możliwości wojny, jakby była ona zjawiskiem atmosferycznym.
Jakby mogła po prostu któregoś dnia nadejść.
Jak burza.
Jak wichura.
Jak powódź.
Nie.
WOJNY NIE SPADAJĄ Z NIEBA.
Poprzedzają je decyzje.
Eskalacje.
Błędy.
Prowokacje.
Źle ocenione reakcje przeciwnika.
Kolejne przekroczone granice.
I dlatego zanim któregoś dnia ktoś powie nam:
„Rosja zaatakowała Polskę”, chciałbym wiedzieć, czy przez wszystkie wcześniejsze lata naprawdę zrobiono wszystko, żeby do tego nie dopuścić.
Czy jesteśmy gotowi?
Czy naprawdę jesteśmy gotowi?
Bo jeżeli któregoś dnia przyjdzie rachunek, nie zostanie wysłany do Sejmu.
Nie trafi do Brukseli.
Nie dostanie go minister.
DOSTANIEMY GO MY.
I dlatego pytanie, które powinniśmy sobie dzisiaj postawić, nie brzmi tylko:
CZY ROSJA NAS ZAATAKUJE?
Brzmi również:
JAK DALEKO JESZCZE CHCEMY IŚĆ I GDZIE JEST GRANICA, ZA KTÓRĄ POLSKA POWIE: DOŚĆ?
Bo kiedy politycy bawią się geopolityką, zwykli ludzie później płacą za ich decyzje.
A wojna nie pyta, na kogo głosowałeś.
Nie pyta, czy popierałeś Ukrainę.
Nie pyta, czy popierałeś Rosję.
Nie pyta, czy chciałeś uczestniczyć w tym konflikcie.
Kiedy przychodzi, zabiera wszystkim.
I właśnie dlatego zanim zrobimy kolejny krok, powinniśmy wiedzieć jedno:
DOKĄD TEN KROK PROWADZI.
Rosja
janosik
mówi:^ Czas Na Intuicje / FB 19 sierpnia o 20:04
Magda
mówi:Po której stronie? – https://www.facebook.com/reel/1375599038019631
Owner
mówi:to be or not to be panie Bartosiak../ https://www.facebook.com/reel/990989403182577